Wiesław Jobczyk: Pieczarkarnia zamiast porządnego lodowiska

   
Autor:
Dodano: 2020/07/22 10:01    views 1033

Wywiad z Wiesławem Jobczykiem, legendarnym hokeistą pochodzącym z Siedlec.

Co u pana słychać? Jak pan sobie radzi w czasach pandemii?

Od 15 marca posiedziałem trochę w domu. Mieliśmy okazję z żoną zatrzymać się, odpocząć. Pomagały nam trochę dzieci i w tej chwili zaczęliśmy się trochę ruszać.

Przeszukując internet znalazłem nazwę pańskiej firmy, która nazywa się Korona. Czy teraz trzeba będzie zmienić nazwę?

To lepsza reklama w tej chwili. W przyszłym roku przypada 30-lecie firmy, więc będziemy świętowali. Nie można narzekać, jest bardzo dobrze. Troszkę zwolniliśmy obroty, ale mam nadzieję, że szybko wrócimy do rzeczywistości. Nie ma stresu, to jest rodzinna firma. Mieliśmy takiego sponsora w hokeju na lodzie, gdy grałem w Niemczech. Jak kończyłem karierę to zaproponował mi właśnie, by po zakończeniu kontraktu reprezentować jego firmę w Polsce i tak to się zaczęło. Firma ma siedziby w Katowicach i Sosnowcu.

Pan obecnie również mieszka w Katowicach.

Wyjechałem z Siedlec w 1973 roku. Dostałem propozycję grania w Baildonie Katowice. To był superklub i bardzo ciekawy czas. Wyjeżdżałem z Siedlec, gdy sekcja hokeja była bardzo prężną organizacją. My, dzięki temu, że seniorzy bardzo dobrze grali – a to była 3 liga – mieliśmy fantastycznych juniorów i graliśmy z nimi w pierwszej polskiej lidze. To było wspaniałe, wszyscy pytali „Skąd taka Pogoń Siedlce gra tam, gdzie najlepsze drużyny z gór i ze Śląska?”. To było mało hokejowe miasto, bo nie było sztucznego lodowiska. Teraz widać, że nie poszło to niestety w dobrym kierunku. Myślę, że stało się tak przez brak porządnego lodowiska. Zrobiono byle co, jeszcze jedną pieczarkarnię.

Odwiedza pan czasem Siedlce?

Tak, tu mieszka mój brat. Rodzice już nie żyją, ale od czasu do czasu staram się odwiedzać, ale coraz rzadziej.

Czy pana synowie próbowali grać w hokeja?

Starszy Tomasz próbował grać w Niemczech w trakcie mojego kontraktu. Szło mu nawet nieźle. Miał cztery lata, gdy wyjeżdżaliśmy do Niemiec. Do dziesiątego roku życia grał, a po powrocie do Polski i zobaczeniu rzeczywistości, której nie znał, szatni i obskurnych lodowisk, już mu się odechciało. Młodszy Michael grał w Zagłębiu Sosnowiec, w Naprzodzie Janów. Później zajął się studiami, a w tej chwili przerzucił się na golfa.

Jak pan wspomina czasy, kiedy opuścił pan Siedlce?

Jest co wspominać. Dużo sportowców poszło w świat i godnie reprezentują Siedlce. Ja miałem wielką szansę i wykorzystałem ją. To nie było proste, by chłopak z małej miejscowości dostał się do ekstraligi po juniorach. Miałem 19 lat kiedy wyjechałem. Sam przyjechałem na Śląsk. Trzeba było powalczyć, by dostać się do zespołu. Wiadomo, że nikt nie chce obcych w klubie, wszyscy mają układy, są znajomi. Miałem szczęście, bo umiałem strzelać bramki i dzięki temu drużyna zdobywała dodatkowe pieniądze. Wydaje mi się, że dzięki temu drużyna mnie przyjęła i szybko się zaaklimatyzowałem w Baildonie Katowice.

Nawet gorola dało się przyjąć do drużyny jeśli strzelał bramki.

Tak, ja cały czas byłem gorolem. Potem przeszedłem do Sosnowca i tam też byłem gorolem. Można się do tego przyzwyczaić. Niby są niesnaski między Sosnowcem a Katowicami, ale to wciąż jeden Śląsk. Pamiętam, jak grałem w Katowicach i jeździliśmy do Sosnowca to zawsze starym autobusem, bo było wiadomo, że szyby powybijają. Leżało się na ziemi jak wracaliśmy po meczu. Jak przeszedłem do Sosnowca, to w Katowicach było to samo. Derby były zawsze ciekawe.

Zawsze dużo się mówiło o śląskim charakterze. W hokeju pewnie widać było go aż nadto.

Tak jest. Hokej był dla nich odpowiedni. Twardzi ludzie byli z Nowego Targu. To kolebka polskiego hokeja, tam się wytwarzano 30% hokeistów z całej Polski. To ludzie, którzy byli najbardziej zdeterminowali do gry w hokeja. W tej chwili to się już trochę zmienia.

Z Nowego Targu był jeden z członków zabójczego tria reprezentacji Polski.

Leszek Kokoszka był z Nowego Targu a Andrzej Zabawa był z Krynicy. Z Andrzejem utrzymujemy nadal kontakt, a Leszek wyjechał do Niemiec w latach 80-tych. I nie wrócił do Polski. Andrzej też był na kontrakcie. To był taki okres, że trzeba było mieć 30 lat, żeby wyjechać za granicę. Tak było w każdym sporcie w Polsce. Panowie z komitetu centralnego musieli rządzić nami cały czas. Nie pozwalano nam wcześniej wyjechać, bo gdybyśmy za dużo zarobili wcześniej, to moglibyśmy się uniezależnić.

Czasem sportowcy sprzed jednej dekady lub dwóch mówią, że urodzili się o kilkanaście lat za późno. Czy pan także ma wrażenie, że w wolnej Polsce łatwiej byłoby zrobić karierę?

Nie, dla nas jako dla sportowców w tamtych czasach było wszystko. Mieliśmy o wiele lepiej niż inni, ale porównywaliśmy się w tym czasie do Rosjan, którzy grali zdecydowanie lepiej, ale nie mieli o wiele więcej niż my. Nie miałem takich myśli. Mamy przykłady Oliwy czy Czerkawskiego, że już ci zawodnicy mogli wcześniej wyjechać i grać w zawodowej lidze. Wielu hokeistów w tamtych latach mogło grać w zawodowej lidze. Ale czy to bym nam to dało dużo lepsze życie? Trudno powiedzieć, mieliśmy swoje życie, swoje przygody. Czuję się spełniony i nie chciałbym nic zmieniać.



Jaki jest stan polskiego hokeja? Jest wiele utyskiwań na ten temat. Duże są aspiracje, a kończy się to przeważnie tak, jak w większości dyscyplin zespołowych. Czy widzi pan światełko w tunelu?

Oszukujemy się wszyscy nawzajem z roku na rok, że będzie lepiej, a praca z młodzieżą poprawi warunki. Myślimy, że zmiany prezesów wprowadzą inny porządek, a to jest guzik prawda. Nie mamy o czym marzyć, nie ma możliwości lepszych wyników. Potrzebne są nowe lodowiska, by coś się zmieniło. Poszliśmy do grupy C zamiast do grupy A. Taka jest rzeczywistość. Jak ktoś trochę obserwuje hokeja to widzi, że wyskoczyły takie drużyny, które kiedyś, jak ja grałem w Zagłębiu Sosnowiec i jechaliśmy na Puchar Europy do Danii, to nawet nie chciały do nas przyjeżdżać, bo mówili, że lepiej tam dwa mecze rozegrać, dwa razy po piętnaście i wracaliśmy do domu. Na dzisiaj Dania gra bardzo wysoko, a my pląsamy w ogonie.

Jak wyglądały treningi kiedy grał pan w Siedlcach?

Zaczynałem z trenerem Witoldem Jagiełłą, jednym z najlepszych trenerów w Siedlcach, w Szkole Podstawowej nr 3. I on stworzył coś na kształt Szkoły Mistrzostwa Sportowego w trójce. Mieliśmy w każdej dyscyplinie dodatkowe zajęcia. Prowadził to społecznie, nie wierzę, że ktoś mu za to płacił. Wyprowadził wielu zawodników. Dzięki niemu zakupiono łyżwy do szkoły. Graliśmy w ligę hokeja pomiędzy dziesięcioma szkołami podstawowymi na otwartych lodowiskach. Stąd wszystko się wzięło. Było dużo zawodników, którzy mieli szansę się wybić. Może zabrakło im trochę charyzmy. Ja wyszedłem w wieku 19 lat z Siedlec z walizką, musiałem mieć charakter, by się przebić wyżej. Mi się to udało, dobrze się zapowiadali Wojtek Pawlak i Aron Boruc), to był kuzyn bramkarza Artura Boruca. Byliśmy jako hokeiści tak przygotowani, że w 1972 roku na obozie szkoleniowym w Janowie na Śląsku nie chciało mi się wierzyć, co oni ćwiczą. Siatkówka, piłka nożna, podnoszenie ciężarów – ja w tych dyscyplinach błyszczałem. Tak dobrze byłem przygotowany przez trenera Jagiełłę. Ale jak przyszła kwestia lodu, to trochę mi brakowało, bo grało się tylko, jak było zimno, a jeździliśmy raz w tygodniu na Torwar do Warszawy. Powinno się z młodzieżą tak postępować. Z mojej kariery pamiętam wielu, którzy nie potrafili się podciągać na drążku, jak im włożono 50 kilogramów na kark to się przewracali, tak to wyglądało. Koziołków nie umieli robić, a to są takie braki ze szkół podstawowych. A w Siedlcach sport był bardzo ważny…

 

źródło: własne; foto: TVP Sport / wikipedia.org /WikiZaglebie








Sponsorzy

Patronat medialny