poniedziałek, 24 czerwca 2024r.

Rozterki Dołęgi

Reprezentant Polski w podnoszeniu ciężarów Marcin Dołęga po kompletnie nieudanym starcie w Igrzyskach Olimpijskich w Londynie za tydzień ogłosi co dalej z jego karierą.

Marcin Dołęga, reprezentujący swego czasu barwy WLKS Siedlce (mieszkający na stałe w naszym mieście) od czasu zakończenia Igrzysk bije się z myślami, czy nie zakończyć swojej kariery z ciężarami. W Londynie miał niepowtarzalną szansę, by zdobyć nawet złoty medal. Dwóch Rosjan zostało wycofanych z rywalizacji, a pozostali rywale byli w jego zasięgu. Tymczasem ku wielkiemu zdziwieniu Dołęga nie zaliczył ani jednej próby w rwaniu i nie został sklasyfikowany. Po swoim występie głośno zapowiadał, że kończy karierę. Nie wszyscy dawali wiary tym słowom. Ostateczna decyzja ma zapaść 23 sierpnia (czwartek). Wtedy to Marcin Dołęga na specjalnej konferencji prasowej w Warszawie przedstawi swoje stanowisko w tej sprawie.

 

A oto, co powiedział w rozmowie z dziennikarzem Polskiej Agencji Prasowej.

Jak w Pana oczach wyglądał start w Londynie? Czy są już może jakieś wnioski, co poszło nie tak?

– Będzie mi to siedziało w głowie do końca życia. Była to dla mnie jedyna i niepowtarzalna szansa i nie ma co ukrywać, że to ja totalnie zawaliłem, bo byłem przygotowany perfekcyjnie. Nie wiem, sam co się stało. Nie analizowałem jeszcze i w najbliższym czasie na pewno nie będę analizował tego startu. Trudno mi o tym mówić, bo jest to mimo wszystko jeszcze zbyt świeża sprawa. Muszę ochłonąć, choć wiem, że tego czasu pozostało coraz mniej, bo dużo osób mnie naciska, co dalej z moją karierą. Na dziś sam jeszcze nie wiem, czy będę ją kontynuował czy zakończę. Na przyszły czwartek, 23 sierpnia, zaplanowałem konferencję w Warszawie i tam powiem, co dalej. Mam więc jeszcze tydzień, żeby wszystko przemyśleć.

Sama możliwość startu na igrzyskach to już powód do dumy dla wielu. A brak medalu, nawet jeśli było się faworytem, czasami działa jeszcze bardziej mobilizująco na następne lata. Wierzy się po takim nieudanym starcie, że uda się odmienić los. Czy tak jest i w Pana przypadku?

– Ja też jeszcze w to wierzę. Mam nadzieję, że starczy mi energii, cały czas szukam wsparcia, którego naprawdę mam dużo zarówno ze strony rodziny, jak i przyjaciół. Bardzo dużo listów dostałem także na swojego maila, czy poprzez stronę internetową od zupełnie obcych mi ludzi. Przeczytałem ich kilkaset. Wśród nich znalazłem może jeden, dwa, które – powiedzmy delikatnie – mogły mnie obrazić, ale może i zasłużyłem, bo to ja zawaliłem. Nie zrobiłem jednak tego specjalnie, to jest sport, a sport jest piękny i byłby nudny, gdyby zawsze wygrywali tylko faworyci. Ktoś musiał ponieść porażkę, choć zastanawiam się cały czas, dlaczego po raz drugi to byłem ja. Ktoś być może wystawia mnie na próbę.

Może zatem jak mówi powiedzenie – do trzech razy sztuka?

– Trzeba brać pod uwagę, że mam za sobą 20 lat stażu treningowego. Z pewnością wielu wie, ile przeszedłem przez ciężary, ile było kontuzji i nie wiem, czy to wytrzymam. Może fizycznie dam radę, jednak psychika odgrywa tu teraz chyba największą rolę.

Sportowcy mówią często, że trening leczy. Czy po powrocie z Londynu był Pan już na jakimś treningu?

– Szczerze przyznam, że nie byłem jeszcze na siłowni i na razie nie zamierzam na nią iść. Zastanawiam się, czy jak pójdę, to ta sztanga nie będzie mnie parzyć czy – mówiąc kolokwialnie – nie zwymiotuję. Chciałbym, bo wiem, że trening może mnie z tego wyleczyć, bo myśli się tylko o nim. Chciałbym jak najszybciej wrócić na pomost, żeby wystartować, ale nie wiem, czy wystarczy mi sił psychicznych. Na pewno będę się starał.

 

źródło: własne / PAP; foto: tarpanmrocza.blogspot.com

DODAJ KOMENTARZ

ZOBACZ TAKŻE

KONTRAHENCI

PATRONAT MEDIALNY

PATRONAT MEDIALNY

;