poniedziałek, 24 czerwca 2024r.

„Człowiek zawsze znajdzie czas na swoją pasję”

Wśród znajomych znany jako „Przemo”, bez zająknięcia wymieniany jest w gronie najbardziej znanych koszykarzy Siedleckiego Klubu Koszykówki. Rafał Wójcicki podzielił się z nami swymi wspomnieniami i spostrzeżeniami.

W pierwszej części wywiadu „Przemek” opowiada o swoich początkach z koszykówką, o przebiegu kariery, powrocie do gry w barwach SKK i sentymentalnym meczu, po którym definitywnie zakończył profesjonalną karierę. Zachęcamy do lektury!

Zapewne wielu kibiców zastanawia się, co obecnie porabia ikona męskiego siedleckiego basketu, czyli Rafał „Przemek” Wójcicki?

– Stwierdzenie „Ikona Siedleckiego Basketu” bardziej pasuje do takich osób jak trenerzy: Głuszczak, Araszkiewicz czy Kubicki. Ja jestem zwyczajnym chłopakiem z Sokołowskiej, któremu przez chwilę udało się zaistnieć w poważniejszej koszykówce. Wracając do pytania, to pomimo że nie trenuję regularnie, to żyję ciągle w biegu… Teraz cele sportowe zmieniły się w wyzwania zawodowe i pracę, która nieustannie mnie pochłania – mieszkam i pracuję w Warszawie.

Wierniejsi kibice koszykówki pamiętają, ale przypomnij w skrócie jak przebiegała Twoja kariera koszykarska. Kiedy rozpoczął się Twój kontakt z pomarańczową piłką?

– Wszystko zaczęło sie w czasach Siedleckiej Ligi NBA, której jestem „produktem” (śmiech). Treningi koszykarskie rozpocząłem w Szkole Podstawowej numer 4 pod okiem trenera Macieja Miatkowskiego i Janusza Kubickiego. Później kontynuowałem swoją przygodę w I LO im. Bolesława Prusa w zespole prowadzonym przez Piotra Szyszkowskiego. W wieku 14 lat rozpocząłem swoją przygodę z SKK przechodząc drogę od kadeta do seniora.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Później przeniosłem się na studia do Warszawy, gdzie związałem sie z drużyną akademicką Politechniki Warszawskiej. Kolejny zespól który reprezentowałem na poziomie drugo- i pierwszoligowym to Legion Legionowo. Następny etap to powrót do Politechniki z którą przeszedłem drogę z trzeciej do pierwszej ligi. No i na końcu powrót w rodzinne strony i prawie trzy sezony (jeden w drugiej i dwa w pierwszej) w SKK.

Nie wszyscy wiedzą o tym, że grałeś w koszykówkę i jednocześnie swój czas poświęcałeś na studia i to na dwóch kierunkach. Jak to wyglądało? Jak udawało Ci się to pogodzić?

– Wydaje mi się, że im mniej czasu człowiek posiada, tym bardziej potrafi tym czasem efektywniej zarządzać. Studiowałem równolegle dziennie na Wydziale Inżynierii Produkcji Politechniki Warszawskiej i Wydziale Ekonomii SGGW. Nie było łatwo dodatkowo rozwijać się koszykarsko, ale wychodzę z założenia, że jak coś się kocha, to człowiek zawsze znajdzie czas na swoją pasje. Dzięki temu udało mi się skutecznie połączyć studia z przygodą sportową.

W czasie przygody koszykarskiej nie omijały Cię kontuzje. To przez nie zostałeś zmuszony do, moim zdaniem przedwczesnego, zakończenia kariery. Zgadza się?

– Bardzo trudno jest połączyć granie w koszykówkę na poziomie pierwszoligowym i pracę zawodową. Grając w pierwszej lidze trzeba się poświęcić w 100 procentach i podporządkować swoje życie pod rytm rozgrywek ligowych, np. po niedzielnym meczu na drugim końcu Polski i podróży powrotnej, zazwyczaj poniedziałek przeznacza się na odnowę biologiczną i regenerację. Ja w tym czasie w poniedziałek rano meldowałem się w pracy… Jak dodamy do tego mecze rozgrywane często w środy, to połączenie tego z obowiązkami zawodowymi było bardzo wyczerpujące. Wydaje mi, ze właśnie przez brak właściwej regeneracji i odpoczynku rozpoczęły się moje problemy z achillesami i przewlekle stany zapalne, których nigdy nie było czasu odpowiednio wyleczyć.

W maju ubiegłego roku zorganizowano dla Ciebie mecz pożegnalny, który był udaną inicjatywą. Co to spotkanie dla Ciebie oznaczało?

– Wracam do tego meczu zawsze z dużym sentymentem. Jeszcze raz bardzo dziękuje wszystkim osobom, które wyszły z inicjatywą i zorganizowały tą wyjątkowa dla mnie uroczystość. Występowanie przed siedlecką publicznością to był zaszczyt i ogromna frajda.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po tymże meczu całkowicie zawiesiłeś buty na kołku, czy zdarza Ci się jeszcze pograć dla przyjemności? Ciągnie wilka do lasu?

– Oczywiście że ciągnie (śmiech). Staram się ciągle być aktywny sportowo. Gram w miarę możliwości z przyjaciółmi w ligach amatorskich w Warszawie – WNBA i UNBA. (Obecnie „Przemek” żegluje po Oceanie Atlantyckim – między Wyspami Kanaryjskimi a Maderą – przyp. red.)

Jak wspominasz czas, kiedy reprezentowałeś barwy SKK? Najradośniejsze chwile, najsmutniejsze, jeśli takie były?

– Fantastyczny czas, hala pełna kibiców na każdym meczu i wiele wiele sportowych emocji. Pamiętam że największą tremę miałem przed pierwszym meczem po powrocie po latach do Siedlec. Graliśmy wtedy z Olsztynem i pomimo tego, że byłem jednym z bardziej doświadczonych zawodników, to mocno się stresowałem i chciałem jak najlepiej wypaść i pokazać się siedleckiej publiczności. Najradośniejsza chwila to oczywiście pamiętny turniej w Pleszewie, gdzie przegrywając na początku drugiej połowy 18 punktami udało nam się „podnieść” i wygrać. W konsekwencji sprawiliśmy wielką niespodziankę awansując do pierwszej ligi. Największe emocje i nerwy to walka o utrzymanie w pierwszej lidze z Polonią 2011 i wygrana w ostatnim decydującym meczu jednym punktem. Najsmutniejsze chwile przyszły w momencie gdy pożegnałem się już z drużyną i ciężko mi się pogodzić z tym co wydarzyło się w minionym sezonie…

Z wieloma zawodnikami dane Ci było grać w jednym zespole. Czy z jakimiś utrzymujesz stały kontakt?

– Jasne. Grając kilka ładnych lat w różnych zespołach poznałem wielu świetnych ludzi, z którymi się przyjaźnię. Oczywiście nie sposób jest wszystkich wymienić natomiast wszystkich serdecznie pozdrawiam!

Druga część wywiadu już niedługo.

 

źródło: własne; foto: Maciej Sztajnert (3)

DODAJ KOMENTARZ

ZOBACZ TAKŻE

KONTRAHENCI

PATRONAT MEDIALNY

PATRONAT MEDIALNY

;