piątek, 19 lipca 2024r.

Maciej Staręga: Zły jestem na to wszystko

Po kiepskim starcie w kwalifikacjach biegu sprinterskiego w Lahti, Maciej Staręga udzielił szczerego wywiadu dla portalu skipol.pl. – Poszedłem nie w tę stronę, w którą miałem – mówi z goryczą siedlecki narciarz.

Michał Chmielewski (skipol.pl): Pewnie nie bardzo chce się gadać po takim starcie?

Maciej Staręga: Teraz wiem już na pewno, że trening, który wykonałem w lecie, jest kompletnie niedopasowany pod sprinty. Miałem zrobić krok do przodu, myśleć o wchodzeniu do finałów, a tutaj w swojej ulubionej konkurencji nie mogę nawet zdobyć punktów. Zły jestem na to wszystko.

Kiedy rozmawialiśmy w lecie, tryskałeś optymizmem. Jak to możliwe, że wysiłek z przygotowań aż tak nie wypalił?

Sam nie do końca to wiem, bo rzeczywiście latem wszystko wyglądało dobrze. Mieliśmy poukładane treningi, fajną atmosferę, byłem zdrowy, pracowałem na sto procent. Ale zima weryfikuje i to boleśnie. Niestety teraz sam się o tym przekonuję. Może ja powinienem mieć tak, żeby trening mi nie pasował latem, może powinienem przemęczyć się, a potem zaliczyć zimę życia, mieć niesamowite osiągnięcia? Trenuję po to, żeby mieć z tego satysfakcję i być z siebie zadowolonym, a z takim bieganiem to nie ma o czym mówić.

Jest gorzej niż było. Statystyki nie kłamią, że zamiast progresu, zaliczasz regres.

Teraz to chyba można otwarcie powiedzieć, że poszedłem nie w tę stronę, w którą miałem. Ten start to miał być nasz szczyt formy, próba przed przyszłym sezonem, w którym w podobnym czasie są tu mistrzostwa świata. Dziękuję za taki szczyt formy. Okej, chorowałem przez pięć dni i to poważnie, ale w ubiegłych latach nawet z rozwalonym organizmem potrafiłem walczyć. Nawet wygrywać kwalifikacje na Uniwersjadzie. To nie jest wytłumaczenie. To był po prostu słaby bieg.

Jeśli mowa o błędach szkoleniowych, to winne są treningi z lata czy te, które realizowaliście już w trakcie sezonu?

Trudno powiedzieć. Jeżeli chodzi o kwalifikacje, od początku sezonu mam z tym problem, ale miałem np. w Davos fajny start. Wtedy jeszcze jako taki gaz był. Ale od Tour de Ski jestem cieniem samego siebie, Maćka z tamtego roku. Ciężko mi się z tym pogodzić, ale muszę to przyjąć na klatę. Póki co nie rozmawialiśmy w ekipie poważniej o przyczynach sytuacji, bo momentem kulminacyjnym miało być Lahti. I ja nadal nie wiem nic na pewno, bo przypałętała się choroba. Gdybym był zdrowy i zawalił, byłoby wszystko jasne. A tak zostajemy wszyscy z górą pytań. To frustrujące, bo błądzimy.

Co można więc zrobić?

Najrozsądniejsze dla mnie wyjście to powrót do treningów sprzed dwóch lat, kiedy pracowałem z Ivanem Hudacem.

To znaczne podważenie autorytetu trenera Petraska.

Dobra, ale idziemy w stronę autorytetu trenera, czy wyników zawodnika? Renoma trenera to jedno, ale potem wszyscy patrzą na rezultaty, a te obecnej koncepcji nie bronią. Czuję się odpowiedzialny za moje życie, osiągnięcia i nie chcę dłużej iść programem, który totalnie mi nie pasuje. To nie tak, że mam pretensje, że atmosfera w grupie siadła, ale jest zupełnie inaczej niż w zeszłym roku, bo teraz przynajmniej nie jestem tak nerwowy. Wiem, co jest nie tak. Poszedłem inną drogą, która mi nie pasuje, więc trzeba się teraz wrócić i ruszyć z kopyta metodami, które mamy sprawdzone. Z Miroslavem mamy zupełnie inny trening, w każdym aspekcie. Ja potrzebuję szybkościowych zajęć, a większość czasu robiliśmy objętościowy.

Do najważniejszego startu dwulecia został równo rok. Zdążysz?

Tak, jestem w stanie wrócić do poziomu, który już prezentowałem. Bo to nie jest tak, że jak się ma pewien poziom, to się już nie da do niego wrócić. Da się i żyję tą myślą. Odpracuję formę przez rok i chcę, żeby sprint łyżwą z powrotem był moją koronną konkurencją. Rok to dużo.

Obóz w Livigno w trakcie sezonu był kołem ratunkowym dla formy czy psychiki?

Ciężko pracowaliśmy na tym zgrupowaniu, nie było czasu na lenistwo. Na zawodach w Sztokholmie czułem się super i tamte punkty bardzo mnie ucieszyły. Potem pech. Choroba, która wszystko położyła. Najpierw grypa żołądkowa, potem na domiar złego katar. Ale co do Livigno – to był taki wyjazd, żeby się odbudować, złapać trochę świeżego powietrza i przede wszystkim spojrzenia na sytuację. Jechałem tam rozbity i starałem się odnaleźć w bieganiu radość. Bo humor to mi ostatnio nie dopisuje. Wynik z dzisiaj jest cienki – to jedno. Ale takie bieganie, takie porażki mnie po prostu bolą.

Jedziesz na tour do Kanady?

Jadę, bo Sztokholm dał jakąś nadzieję. Już w sumie nie mogę tego odwołać, ale gdybym wiedział, że tutaj tak pobiegnę, to nie wiem czy nie skończyłbym po prostu sezonu i odsapnął od tego wszystkiego. Bo strasznie się męczę, to najgorsze dla sportowca, kiedy nie ma radości z tego, co robi. Jak ja. Ale Maciek Staręga się nie poddaje i wiem, że po złych dniach nadchodzą dobre.

 

źródło i foto: skipo.pl

DODAJ KOMENTARZ

ZOBACZ TAKŻE

KONTRAHENCI

PATRONAT MEDIALNY

PATRONAT MEDIALNY

;