czwartek, 20 czerwca 2024r.

Podjął decyzję

„Chcę jeszcze raz spróbować” – deklaruje wielki przegrany igrzysk w Londynie, sztangista Marcin Dołęga.

Marcin Dołęga, deklaruje, że nie zamierza kończyć kariery w kiepskim stylu. – Nie po to dwadzieścia lat trenowałem – mówi w szczerym i mocnym wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

Poniżej prezentujemy tenże wywiad.

Kibice zastanawiają się, czy zobaczą jeszcze Marcina Dołęgę na pomoście. Podjął pan już decyzję?
– Chcę jeszcze raz spróbować, udowodnić samemu sobie, że potrafię. Mam nadzieję, że się podniosę po tym, co stało się na igrzyskach w Londynie. Nigdy nie dźwigałem dla pieniędzy. Kocham to, co robię. Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Nie po to ciężko trenowałem przez 20 lat, by teraz to wszystko rzucić, by żegnać się w takim stylu. Czuję, że mam w sobie jeszcze tyle siły, by wygrać niejedne zawody. Chciałbym jednak inaczej podchodzić do sportu. Nie będę się spinał jak do tej pory. W Londynie za wszelką cenę chciałem zdobyć medal, może to mnie zgubiło. Najważniejsze zawody, które trzeba wygrać, to życie. Reszta to tylko dodatek, który powinien sprawiać przyjemność.

Wie pan już, co się z panem stało w Londynie? Dlaczego spalił pan wszystkie próby w rwaniu?
– Nie wiem. Nie chcę jeszcze o tym myśleć. Za wcześnie na analizę. Za bardzo to wszystko boli. Nie ulega wątpliwości, że zmarnowałem niepowtarzalną szansę. Może byłem zbyt pewny siebie? Nie wiem. Nie sądzę, by siadła mi głowa. Niemożliwe, bym tak się spalił.

Może jednak nie wytrzymał pan presji, która rosła z każdą godziną? Najpierw mistrzostwo olimpijskie zdobył Adrian Zieliński, potem z rywalizacji wycofali się pana najgroźniejsi rywale: Chadżimurat Akkajew i Dmitrij Kłokow.
Nie zazdrościłem Adrianowi. Wręcz przeciwnie. Strasznie cieszyłem się, że mu się udało, że zdobył pierwszy złoty medal dla polskich ciężarów od 40 lat. Miało mi to pomóc, ciśnienie zeszło. Może aż za bardzo. Może trzeba było poddać się temu ciśnieniu.

A co na temat pana startu uważa trener Grzegorz Chruściewicz?
Nie rozmawialiśmy jeszcze o igrzyskach. Domyślam się, że trener przeżył moją porażkę nie mniej niż ja. Mamy stały kontakt, ale Londyn to na razie temat tabu. Szkoleniowiec chyba czeka, aż dam sygnał, że jestem gotowy na taką rozmowę. Musi jeszcze trochę poczekać.

Co pan robił tuż po feralnym konkursie?
Spacerowałem bez celu, snułem się po Londynie. Do pokoju, w którym mieszkałem z brązowym medalistą mojej kategorii Bartkiem Bonkiem, wróciłem około szóstej rano. Przespałem się kilka godzin i pojechałem na lotnisko, bo udało się o dwa dni przyspieszyć mój powrót do domu.

Z kim odbył pan pierwszą rozmowę?
Z żoną oczywiście. Telefon włączyłem godzinę po konkursie. Marta jednak już wcześniej dodzwoniła się do trenera Jacka Chruściewicza, który przekazał mi słuchawkę. Ona zawsze jest ze mną. Właśnie świadomość, że mogę liczyć na bliskich, trzymała mnie przy życiu. Byłem załamany. Zaprzepaściłem życiową szansę. Podano mi złoty medal na tacy, ale ja powiedziałem: nie, dziękuję.

Zgodzi się pan, że – biorąc pod uwagę także pański start w Pekinie, gdzie przegrał pan brązowy medal tylko dlatego, że był cięższy od Dmitrija Łapikowa o 70 gramów – można pana nazwać jednym z najbardziej przegranych polskich olimpijczyków w historii?
Gdyby ktoś zorganizował taki konkurs, chyba bym go wygrał.

Jak odnalazł się pan po powrocie do domu?
Trzech pierwszych dni w kraju niemal nie pamiętam. Potem zacząłem zaglądać do internetu, czytać komentarze. Dostałem też mnóstwo wiadomości na facebooku, mnóstwo listów. Wiele było bardzo wzruszających, aż się łezka w oku kręciła, gdy je czytałem. Chciałem ten medal zdobyć przecież także dla kibiców. Zawiodłem. Sport bywa brutalny. Tylko dlaczego ciągle ja muszę się o tej brutalności przekonywać na własnej skórze? Zadałem nawet to pytanie kapelanowi polskich sportowców Edwardowi Pleniowi. Ksiądz Edek odpowiedział mi: ktoś wystawia cię na próby. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą – odparł. Coś w tym jest.

W tym roku nie wystąpił pan w mistrzostwach Europy, na igrzyskach nie został pan sklasyfikowany. Straci pan ministerialne stypendium.
Jak już mówiłem, nigdy nie dźwigałem dla pieniędzy. Na utrzymanie rodziny mi wystarczy. Najwyżej dorobię trochę w Bundeslidze, jakoś to będzie. A może wyjdzie mi to na dobre? Możliwe, że ostatnio po prostu zbyt rzadko startowałem?

Jakie są pana najbliższe plany?
Czas na – niestety niezasłużony – odpoczynek. Przede wszystkim psychiczny. Kilka dni spędziliśmy z rodziną nad morzem. Teraz muszę wymyślić dla siebie jakieś zajęcie, bo nie mogę znaleźć sobie miejsca w domu. Muszę coś robić, by nie myśleć o tym wszystkim. Cieszę się, że po wielkich bojach z samym sobą przełamałem się i w poniedziałek poszedłem do siłowni. Strasznie się tego bałem. Nie było mi lekko ani łatwo. Znalazłem sobie cichy kącik i trochę podźwigałem. Zobowiązałem się, że 8 września wystąpię w trzeciej, ostatniej rundzie drużynowych mistrzostw Polski w Bydgoszczy. Wypada pokazać się tam w przyzwoitej formie. Wiem, że będą ciągłe pytania o igrzyska, ale ja naprawdę nie wiem, jak na nie odpowiadać. Wszystko jest jeszcze zbyt świeże. Muszę najpierw sam to wszystko poukładać, by otwarcie rozmawiać o starcie w Londynie. Zresztą – czy jest o czym? Każdy widział, co zrobiłem…

Jakie jest pana zdanie na temat atmosfery panującej w polskich ciężarach po igrzyskach w Londynie?
A jakie może być? Zamiast cieszyć się z dwóch medali, publicznie pierzemy brudy. Jestem wręcz zaszokowany zachowaniem prezesa Zygmunta Wasieli, który miesza Adriana Zielińskiego w swoje polityczne rozgrywki. Widać bardziej zależy mu na stołku niż na medalu, sukces Adriana został odsunięty na dalszy plan. Prezes chce za wszelką cenę rządzić, niestety nie wychodzi mu to zbyt dobrze. Mnie zresztą też się oberwało od rzecznika związku za to, że w jednym z wywiadów opowiedziałem, jak ciężki jest nasz trening i ile zdrowia on nas kosztuje. A co miałem powiedzieć? Że na zajęciach pluskamy się w jacuzzi?

Pan też nie jest zadowolony z rządów prezesa Wasieli?
Członkiem kadry narodowej jestem ponad dziesięć lat. Przez ten czas kompletnie nic się nie zmieniło. Na szczęście związek specjalnie mi nie przeszkadzał, ale też niestety nie pomógł. Panowie potrafią tylko administrować ministerialnymi pieniędzmi. Gdzie jakaś wizja rozwoju dyscypliny? Gdzie sponsor? Uważam, że polskim ciężarom potrzeba świeżej krwi.

 

źródło: Przegląd Sportowy; foto: bydgoszcz.gazeta.pl

DODAJ KOMENTARZ

ZOBACZ TAKŻE

KONTRAHENCI

PATRONAT MEDIALNY

PATRONAT MEDIALNY

;